LEGENDA O ZBÓJNIKU JAŚKU Z CIESZYŃSKIEGO ZAMKU



Dawno temu na dworze księcia cieszyńskiego Bolesława przebywał niejaki Jaśko. Nikt nie wiedział, skąd się wywodził i z jakich stron przybył do Cieszyna. Był śmigły jak jodła, urodziwy i silny nad podziw, miły przy tym i usłużny, toteż wkrótce stał się ulubieńcem niewiast i całego dworu książęcego. Jedną miał tylko przywarę: był okropnie porywczy. Nie dziw więc, że niejeden z dworzan nosił widoczne ślady Jaśkowej zapalczywości.

Książę Bolesław patrzył przez palce na wybryki ulubieńca tak długo, dopóki to były rozrachunki ze służbą zamkową. Kiedy jednak Jaśko rozpłatał łeb jakiemuś szlachetnie urodzonemu jaśnie panu gdzieś z krakowskich stron, książę rozgniewał się na zawadiakę i kazał go aresztować, żeby później sąd nad nim wydać i na gardle go ukarać.

Jaśko, uprzedzony o wszystkim przez niewiasty, wydarł się z rąk strażników, wypadł do miasta i zawieruszył się gdzieś w jego zaułkach. A nocą powędrował brzegiem Olzy w stronę gór.

Rano, kiedy wschodzące słońce poranną zorzą zaróżowiło niebo, stanął Jaśko na szczycie góry Czantorii. Rozciągał się stąd daleki widok na wszystkie strony. Młody uciekinier postanowił tutaj wypocząć, by później ruszyć w nieznane. Zmęczony nocną wędrówką legł na mchu i twardo zasnął.

Wkrótce ze snu wyrwały go jakieś głosy. Kiedy przetarł oczy, zobaczył wokół siebie zgraję zbójów o zarosłych gębach, którzy przed chwilą wrócili z wyprawy i na trzaskającym ogniu gotowali poranną strawę.

-Mów, coś za jeden! - huknął na Jaśka opryszek z bielmem na oku.

-Nie patrz na mnie tak dziko, bo i tak mnie nie przestraszysz! - odparł śmiało Jaśko.

Zbójcy zarechotali, aż się w lesie rozlegało, a ten z bielmem na oku podparł się w boki, przyczaił jak do skoku i ruszył na Jaśka

- Ażebyś wiedział, nazywam się Jaśko. Mówię to dlatego, bo widzę, że szukasz zaczepki, więc żebyś wiedział, od kogo oberwiesz.

- Co? - ryknął zbój i skoczył na Jaśka, ale w tej chwili odleciał z powrotem i rozpłaszczył się na ziemi.

Zbóje rechotali i kpili z kamrata:

- Już ty się nie będziesz więcej chełpił, żeś najsilniejszy z silnych!

Zbój stanął na nogach, zazgrzytał zębami i z pięściami rzucił się na Jaśka. Ale i tym razem musiał się zbierać z ziemi. Potem podszedł do Jaśka z wyciągniętymi rękami.

- Bądźmy kamratami! - rzekł na zgodę.

- Jak sobie życzysz, bądźmy kamratami! - odparł Jaśko i uścisnął się ze zbójem, a potem kolejno z wszystkimi.

I Jaśko został zbójnikiem, a wkrótce hersztem bandy.

Zbójcy mieli swoją kryjówkę w pieczarze na stoku Czantorii. Stamtąd wyruszali na wyprawy, daleko do Polski, na odległe Węgry, a nieraz zasadzali się też na bogatych kupców jadących z towarami do miasta Cieszyna. Pieniędzmi i łupami obdzielali biednych ludzi daleko, szeroko.

O zuchwałych napadach bandy zbójeckiej dowiedział się wkrótce książę cieszyński, który wysłał przeciwko niej cały regiment wojska.

Wojsko otoczyło Czantorię tak gęstym łańcuchem, że nikomu z bandy nie udało się uciec z życiem. Wszyscy zginęli w otwartej walce.

Kiedy wojacy przynieśli do stóp księcia zwłoki herszta, książę poznał w nim Jaśka z cieszyńskiego zamku.

Ludzie pod Czantorią długo opowiadali o Jaśku-zbójniku, którego nazwali Czantorem, jako że na Czantorii miał swą zbójecką siedzibę.

Zbójeckich kryjówek nie udało się dotąd odnaleźć nikomu, choć już tylu ludzi ich szukało, bo znajdują się w nich ponoć bogate łupy z wypraw na jaśniepańskie zamki.