![]() |
| Odkrycie tajemnicy Meluzyny autorstwa Jean d'Arras, ok. 1450–1500 (źródło: Wikipedia) |
1. O Meluzynie
Wielka radość zamek w
Cieszynie opanowała, gdy książę Bolko zdecydował się poślubić
Meluzynę, urodziwą księżniczkę z dalekiego kraju. Jej niezwykła
a egzotyczna uroda oraz łaskawość ujęły serca mieszkańców
grodu, którzy życzyli młodej parze wszystkiego, co najlepsze.
Miłość zaś Bolka i Meluzyny od pierwszego spotkania rozkwitała,
szczęście długie pięknej pary zapowiadając.
O jedno wszelako prosiła
nowa księżna swego oblubieńca przed ślubem i o jedno
tylko zabiegała: książę miał dla niej wznieść w zamkowym
ogrodzie glorietkę z basenem, w której każdą sobotnią noc
mogłaby w samotności spędzić, o nic niepytana. Rozkochanego Bolka
zadziwił ów warunek niezwykły, lecz z obyczajem, cudzoziemskim go
wiążąc, bez wahania zgodził się woli swej wyśnionej małżonki
zadość uczynić. Ona zaś pocałunek ognisty na jego ustach
złożyła, za okazane zaufanie dziękując.
Od dnia ślubu życie
ich sielankę przypominało, albowiem na cieszyńskim zamku miłość
szacunkiem wielkim, zmysłowością ognistą i zgodą budującą
okraszona niepodzielne królowanie objęła. Dworzanie zaś widzieli,
jak rozmarzony książę na swoją spogląda małżonkę i jak
ona za mężem roziskrzonymi oczyma wodzi. Mijały lata, a miłość
ich wciąż tym samym żarem płonęła. Ponętne łono Meluzyny
przez ten czas trzech synów Bolkowi zrodziło, uczucie głębokie
jeszcze utrwalając. Księżna zaś co sobotę do owej glorietki się
udawała, przez nikogo nie niepokojona.
Osobliwe obyczaje
synowej troską jednak matkę Bolka napełniały. Stara księżna
namawiać przeto poczęła syna, aby sprawdził, co jest powodem
owych sobotnich spacerów do basenu i czy aby jakaś straszliwa
tajemnica za tym się nie kryje. Bolko słowem małżonce danym
wszelkie namowy kwitował, lecz niepokój i jego duszę począł
nurtować.
W końcu pewnej
sobotniej nocy czy ciekawością, czy chęcią oddalenia matczynych
podejrzeń powodowany do glorietki się zakradł, przysięgę swą
uroczystą łamiąc. Pośród mroku dostrzegł kąpiącą się
Meluzynę. Mokre włosy opadały jej na smukłe ramiona, piersi
jędrne prężyły się niczym owoce najpiękniejsze, woda z nich
po płaskim spływała brzuchu, lecz... poniżej ujrzał widok
straszliwy! Oto tam, gdzie kibić zgrabna się kończyła, ogon rybi
łuskami błyszczał, zgrabną figurę księżnej wieńcząc.
-Meluzyno!- krzyknął
mimowolnie Bolko, niezwykłym widokiem przerażony.
Spojrzała nań małżonka
i w tym momencie zdradę przejrzała. Do oczu czarnych łzy
jej napłynęły, gdy niecny uczynek księcia na nieszczęście oboje
skazał. Wiedziała, że oto przekleństwo życie ich zrujnowało.
Zanosząc się płaczem, raz jeszcze na męża z wyrzutem spojrzała
i naraz pofrunęła w ciemną noc, z rozpaczą go
zostawiając.
Próżne były żale
Bolka nad słowem złamanym, honor Piastów depczącym i nad
miłością utraconą. Nigdy już więcej Meluzyny nie ujrzał,
a wyrzutami i tęsknotą trafiony na ciężką niemoc
zapadł. Pomarły też wkrótce dzieci książęcej pary, a w ślad
za nimi ze światem rozstał się w zgryzocie pan na Cieszynie,
przed nim zaś stara księżna.
Do dziś jednak, gdy
chmury na nadolziański gród deszcz rzęsisty zsyłają, można
w szumie kropli usłyszeć płacz i zawodzenie, włosy na
głowie jeżące. To Meluzyna pośród łkania nad zamkiem i miastem
się unosi, wciąż swych dzieci poszukując.
2. Żałosna historia o Meluzynie
Młody książę cieszyński, imieniem Bolko, chciał się ożenić, jak życzyła sobie jego matka, Eufemia. Cóż z tego, kiedy Bolko w żaden sposób nie mógł znaleźć dla siebie oblubienicy. Na cieszyński zamek przyjeżdżali swatowie-posłowie z dalekich cudzoziemskich krajów i wychwalali pod niebiosa cnoty i przymioty swych księżniczek, a im samym, Bolka przedstawiano tak:
- Ani święty Florian nie jest tak przystojny, jako przystojny jest książę Bolko! – i tu wskazywano przez okno na rynek, na którym była tak zwana czyszczarnia, czyli zbiornik na wodę, a na jej środku stał słup, na słupie zaś święty Florian, lejący wodę z cebrzyka. Bolko jest tak urodziwy, jak tamten święty Jerzy, który usiłuje strącić smoka ze słupa – tu swat wskazywał na świętego Jerzego, który godził dzidą w rozdziawioną paszczę smoka.
Nie pomogło mizdrzenie się i krygowanie, nie pomogły barwiczki i kanarkowe szczebiotanie, ani nawet przewracanie oczami i zalotne uśmiechy. Książę Bolko zdawał się być na wszystko nieczuły. Rozwodził się nad pogodą, a więc że dzisiaj świeci słońce i to jest bardzo dobrze, ponieważ zboże dojrzewa w polu, a gdy deszcz pada, to niedobrze, bo siano moknie i wtedy konie nie mają co jeść. Każda księżniczka patrzyła zdumiona... Cóż on to plecie?
- A może szlachetna dziewica zagra ze mną w guziki? – Dodawał. A ponieważ żadna nie umiała, przeto się dalej rozwodził nad zbawiennymi skutkami suszonych śliwek, i że lepiej je suszyć w piekarskim piecu, i że trzeba uważać, żeby nie były robaczywe. Ech... Matka Eufemia, gdy ostatnia księżniczka o ślicznym imieniu Ondyna, lecz z dużym zezem odjechała do domu, rzekła:
- Żadna ci się nie podobała? Mnie też żadna się nie podobała, było ich jedenaście. I jedenaście razy położyłam miotłę na progu komnaty. Żadna jej nie podniosła. Co zatem?
Zatem przyszło im czekać na dwunastą księżniczkę. I oto doczekali się – przybiegli strażnicy z wieży zamkowej i rzekli, że są znaki, iż w kierunku Cieszyna zdąża jakiś znamienity poczet. Palą się bowiem ognie na szczytach Jaworowego, Czantorii, Stożka i na Baraniej, które głoszą, że mnóstwo ludu posuwa się wzdłuż Beskidów na Cieszyn.
I w końcu dostrzegli, że w otoczeniu garbatych zwierząt, podobnych ni to do koni, ni smoków, idzie ogromny, biały zwierz z dużymi uszami, który zamiast nosa ma długą trąbę. I że ową trąbą macha na lewo, na prawo, a od czasu do czasu zatrąbi na niej bardzo donośnie. Otworzono bramę i wszyscy zobaczyli, jak przepychają się przez nią tamte garbate cudaki, a między nimi i ten srogi zwierz z machającą trąbą. Siedzą na nich jacyś dziwni ludzie podobni do Cyganów, gadający cudacznym językiem, ubrani w pstrokate szaty. Wiedzie ów orszak Turek czy zgoła jakowyś Murzyn na koniu, a na białym, ciężkim, zwalistym zwierzu z dwoma ogromnymi kłami, z kłapiastymi uszami i z tą długą trąbą zamiast nosa, kołysze się miarowo coś w rodzaju altanki czy glorietki obwieszonej drogocennymi dywanami. Spoza dywanów zaś wygląda... prześliczna dziewczyna... Fiks Laudon!
Pierwszy zmiarkował się kościelny Pietruszka z kotliczkiem święconej wody i z kropidłem w dłoni. Bo ni stąd, ni zowąd zaintonował baranim głosem: Trzej królowie monarchowie wschodni kraj opuszczają...
Teraz wypadki potoczyły się szybko. Czarny Murzyn odziany w turban utkany perłami wielkości kurzych jaj zsiadł z konia i poprosił, w wyszukanych słowach, o gościnę dla zmęczonej trudami podróży księżniczki Meluzyny. Gospodarze zauroczeni nieprzeciętną urodą dziewczyny, zgodzili się natychmiast, bowiem już wiedzieli, że ta i tylko ta zostanie księżną cieszyńskiego zamku. Cieszynianie tymczasem, nie mogli wyjść z zadziwienia bratając się z przybyszami. Oto goście w pełechatych, czarnych łbach i o gębach rzezimieszków, ale z gołębimi sercami, wciąż szczerzyli bieluśkie zęby i śmiali się śpiewając jakieś wesołe psalmy, a ich zwierzęta kąpały się w Olzie. Garbusy spijały wodę, a kłapouch oblewał się wodą po grzbiecie i sikał nią na patrzących. Obozujący nad Olzą zamorscy dworzanie, siedząc w kucki koło ognisk, lub na poduszkach ze skrzyżowanymi nogami śpiewali zawodząco, przeciągle jakieś smętne psalmy.
- Proszą o wodę. Proszą o wodę Allacha. Bo tam skąd przybywamy, niema wody. A oni przecież nie zostaną nad Olzą, oni tam wracają. Jest tam dużo słońca, lecz mało wody. Będą wracali przez piaski... Ja wyrosłam w białym murowanym alkazarze, w białym murowanym zamku, gdzie było dużo wody. Wszędzie były fontanny. Woda dzwoniła jak dzisiaj dzwoni w mojej Olzie. Zamek stał na wysokiej skale, a w dole pod zamkiem było białe miasto. Zamku strzegły wysokie mury zębate,brama była złocona, ściany zaś rzeźbione w marmurową koronkę,podobną do czepków cieszyńskich mieszczek.
Zostawiamy zadumaną Meluzynę i podchodzimy do organisty, który w tym czasie nadął się tak, jak to przystoi mądremu człowiekowi, co to z niejednego pieca chleb jadł i wie, co w trawie piszczy:
- Ten zwierz z trąbą, ludeczkowie złoci, to jest Elefant, czyli Loxodonta Africana, albo też Elephas Maximus, a wydłużony nos, ma za swe łakomstwo i złodziejstwo... Bo kiedy święty Noe, pozbierał wszystkie zwierzęta do korabia, jako że wtedy Olza wylała i była wielka powódź, i cały świat zatopiła, to ów elefant chciał w onym korabiu ukraść świętemu Noemu krupnioka, który smażył se na patelni. Święty Noe wyszedł popatrzeć, czy wody Olzy już opadły, a tymczasem słoń wsadził nochal we szpary do drzwi i jął pociągać, pociągać. A że krupniok pięknie pachnie, przeto wyciągał ten nochal i wyciągał, aż nochal zamienił się w trąbę. A te garbate to wielbłądy, czyli Camelidae, a garby mają tak wielkie, bo noszą w nich ludzkie grzechy. Ale to jeszcze nie wszystko! – dodał stanowczo organista – Pamiętajcie ludeczkowie złoci,jeżeli będziecie skąpili grosika dla mej osoby duchownej, jeżeli będziecie cyganili na wadze, jeżeli będziecie dolewali wody do mleka, może wam podobny garb urosnąć na grzbiecie.
A gdy mieszczanie słuchali z rozdziawionymi gębami, na cieszyńskim zamku działy się jeszcze większe cuda, oto książę Bolko zaręczył się z Meluzyną! Takiego wesela, jak Cieszyn Cieszynem, nikt jeszcze nie widział. Tak urodziwej pary nikt jeszcze nie widział i nikt nie wiedział, że panna młoda wymogła na Bolku osobliwą obietnicę. Otóż na środku zamkowego parku miała powstać, tylko dla niej, malutka glorietka z wodą, a w niej to, nie niepokojona przez nikogo, miała w samotności zażywać sobotnich kąpieli.
Czy tajemnicze kąpiele, w wybudowanym przez zakochanego Bolka, marmurowym basenie, wypełnionym po brzegi krystaliczną, świeżą wodą, miały coś wspólnego z opowieściami o pustynnym braku wody? A może to bratanie się z tajemnymi mocami, zdrada, lub coś jeszcze gorszego? Dowiedział się o tym z czasem Bolko, gdy namawiany solidnie przez matkę, złamał daną swej żonie przysięgę – Meluzyna okazała się być syreną, czar prysł a wraz z nim znikł cieszyński zamek i ukochana małżonka, Bolko umarł ze zgryzoty, jego matka umarła ze zgryzoty, dzieci ich pomarły, acz nie napisali czy ze zgryzoty. A sama Meluzyna,chociaż setki lat już minęły, unosi się w wichrze podczas każdej ciemnej nocy i płacze szukając swej trójki dzieci...
---
Młody książę cieszyński, imieniem Bolko, chciał się ożenić, jak życzyła sobie jego matka, Eufemia. Cóż z tego, kiedy Bolko w żaden sposób nie mógł znaleźć dla siebie oblubienicy. Na cieszyński zamek przyjeżdżali swatowie-posłowie z dalekich cudzoziemskich krajów i wychwalali pod niebiosa cnoty i przymioty swych księżniczek, a im samym, Bolka przedstawiano tak:
- Ani święty Florian nie jest tak przystojny, jako przystojny jest książę Bolko! – i tu wskazywano przez okno na rynek, na którym była tak zwana czyszczarnia, czyli zbiornik na wodę, a na jej środku stał słup, na słupie zaś święty Florian, lejący wodę z cebrzyka. Bolko jest tak urodziwy, jak tamten święty Jerzy, który usiłuje strącić smoka ze słupa – tu swat wskazywał na świętego Jerzego, który godził dzidą w rozdziawioną paszczę smoka.
Nie pomogło mizdrzenie się i krygowanie, nie pomogły barwiczki i kanarkowe szczebiotanie, ani nawet przewracanie oczami i zalotne uśmiechy. Książę Bolko zdawał się być na wszystko nieczuły. Rozwodził się nad pogodą, a więc że dzisiaj świeci słońce i to jest bardzo dobrze, ponieważ zboże dojrzewa w polu, a gdy deszcz pada, to niedobrze, bo siano moknie i wtedy konie nie mają co jeść. Każda księżniczka patrzyła zdumiona... Cóż on to plecie?
- A może szlachetna dziewica zagra ze mną w guziki? – Dodawał. A ponieważ żadna nie umiała, przeto się dalej rozwodził nad zbawiennymi skutkami suszonych śliwek, i że lepiej je suszyć w piekarskim piecu, i że trzeba uważać, żeby nie były robaczywe. Ech... Matka Eufemia, gdy ostatnia księżniczka o ślicznym imieniu Ondyna, lecz z dużym zezem odjechała do domu, rzekła:
- Żadna ci się nie podobała? Mnie też żadna się nie podobała, było ich jedenaście. I jedenaście razy położyłam miotłę na progu komnaty. Żadna jej nie podniosła. Co zatem?
Zatem przyszło im czekać na dwunastą księżniczkę. I oto doczekali się – przybiegli strażnicy z wieży zamkowej i rzekli, że są znaki, iż w kierunku Cieszyna zdąża jakiś znamienity poczet. Palą się bowiem ognie na szczytach Jaworowego, Czantorii, Stożka i na Baraniej, które głoszą, że mnóstwo ludu posuwa się wzdłuż Beskidów na Cieszyn.
I w końcu dostrzegli, że w otoczeniu garbatych zwierząt, podobnych ni to do koni, ni smoków, idzie ogromny, biały zwierz z dużymi uszami, który zamiast nosa ma długą trąbę. I że ową trąbą macha na lewo, na prawo, a od czasu do czasu zatrąbi na niej bardzo donośnie. Otworzono bramę i wszyscy zobaczyli, jak przepychają się przez nią tamte garbate cudaki, a między nimi i ten srogi zwierz z machającą trąbą. Siedzą na nich jacyś dziwni ludzie podobni do Cyganów, gadający cudacznym językiem, ubrani w pstrokate szaty. Wiedzie ów orszak Turek czy zgoła jakowyś Murzyn na koniu, a na białym, ciężkim, zwalistym zwierzu z dwoma ogromnymi kłami, z kłapiastymi uszami i z tą długą trąbą zamiast nosa, kołysze się miarowo coś w rodzaju altanki czy glorietki obwieszonej drogocennymi dywanami. Spoza dywanów zaś wygląda... prześliczna dziewczyna... Fiks Laudon!
Pierwszy zmiarkował się kościelny Pietruszka z kotliczkiem święconej wody i z kropidłem w dłoni. Bo ni stąd, ni zowąd zaintonował baranim głosem: Trzej królowie monarchowie wschodni kraj opuszczają...
Teraz wypadki potoczyły się szybko. Czarny Murzyn odziany w turban utkany perłami wielkości kurzych jaj zsiadł z konia i poprosił, w wyszukanych słowach, o gościnę dla zmęczonej trudami podróży księżniczki Meluzyny. Gospodarze zauroczeni nieprzeciętną urodą dziewczyny, zgodzili się natychmiast, bowiem już wiedzieli, że ta i tylko ta zostanie księżną cieszyńskiego zamku. Cieszynianie tymczasem, nie mogli wyjść z zadziwienia bratając się z przybyszami. Oto goście w pełechatych, czarnych łbach i o gębach rzezimieszków, ale z gołębimi sercami, wciąż szczerzyli bieluśkie zęby i śmiali się śpiewając jakieś wesołe psalmy, a ich zwierzęta kąpały się w Olzie. Garbusy spijały wodę, a kłapouch oblewał się wodą po grzbiecie i sikał nią na patrzących. Obozujący nad Olzą zamorscy dworzanie, siedząc w kucki koło ognisk, lub na poduszkach ze skrzyżowanymi nogami śpiewali zawodząco, przeciągle jakieś smętne psalmy.
- Proszą o wodę. Proszą o wodę Allacha. Bo tam skąd przybywamy, niema wody. A oni przecież nie zostaną nad Olzą, oni tam wracają. Jest tam dużo słońca, lecz mało wody. Będą wracali przez piaski... Ja wyrosłam w białym murowanym alkazarze, w białym murowanym zamku, gdzie było dużo wody. Wszędzie były fontanny. Woda dzwoniła jak dzisiaj dzwoni w mojej Olzie. Zamek stał na wysokiej skale, a w dole pod zamkiem było białe miasto. Zamku strzegły wysokie mury zębate,brama była złocona, ściany zaś rzeźbione w marmurową koronkę,podobną do czepków cieszyńskich mieszczek.
Zostawiamy zadumaną Meluzynę i podchodzimy do organisty, który w tym czasie nadął się tak, jak to przystoi mądremu człowiekowi, co to z niejednego pieca chleb jadł i wie, co w trawie piszczy:
- Ten zwierz z trąbą, ludeczkowie złoci, to jest Elefant, czyli Loxodonta Africana, albo też Elephas Maximus, a wydłużony nos, ma za swe łakomstwo i złodziejstwo... Bo kiedy święty Noe, pozbierał wszystkie zwierzęta do korabia, jako że wtedy Olza wylała i była wielka powódź, i cały świat zatopiła, to ów elefant chciał w onym korabiu ukraść świętemu Noemu krupnioka, który smażył se na patelni. Święty Noe wyszedł popatrzeć, czy wody Olzy już opadły, a tymczasem słoń wsadził nochal we szpary do drzwi i jął pociągać, pociągać. A że krupniok pięknie pachnie, przeto wyciągał ten nochal i wyciągał, aż nochal zamienił się w trąbę. A te garbate to wielbłądy, czyli Camelidae, a garby mają tak wielkie, bo noszą w nich ludzkie grzechy. Ale to jeszcze nie wszystko! – dodał stanowczo organista – Pamiętajcie ludeczkowie złoci,jeżeli będziecie skąpili grosika dla mej osoby duchownej, jeżeli będziecie cyganili na wadze, jeżeli będziecie dolewali wody do mleka, może wam podobny garb urosnąć na grzbiecie.
A gdy mieszczanie słuchali z rozdziawionymi gębami, na cieszyńskim zamku działy się jeszcze większe cuda, oto książę Bolko zaręczył się z Meluzyną! Takiego wesela, jak Cieszyn Cieszynem, nikt jeszcze nie widział. Tak urodziwej pary nikt jeszcze nie widział i nikt nie wiedział, że panna młoda wymogła na Bolku osobliwą obietnicę. Otóż na środku zamkowego parku miała powstać, tylko dla niej, malutka glorietka z wodą, a w niej to, nie niepokojona przez nikogo, miała w samotności zażywać sobotnich kąpieli.
Czy tajemnicze kąpiele, w wybudowanym przez zakochanego Bolka, marmurowym basenie, wypełnionym po brzegi krystaliczną, świeżą wodą, miały coś wspólnego z opowieściami o pustynnym braku wody? A może to bratanie się z tajemnymi mocami, zdrada, lub coś jeszcze gorszego? Dowiedział się o tym z czasem Bolko, gdy namawiany solidnie przez matkę, złamał daną swej żonie przysięgę – Meluzyna okazała się być syreną, czar prysł a wraz z nim znikł cieszyński zamek i ukochana małżonka, Bolko umarł ze zgryzoty, jego matka umarła ze zgryzoty, dzieci ich pomarły, acz nie napisali czy ze zgryzoty. A sama Meluzyna,chociaż setki lat już minęły, unosi się w wichrze podczas każdej ciemnej nocy i płacze szukając swej trójki dzieci...
---
Źródła:
B. Sala, Legendy zamków karpackich, Olszanica 2017
G.
Morcinek, Prawdziwa historia o zbójniku Ondraszku, Warszawa 1966
